wstecz
Nasze Miasto, Piątek 1 Września 2006
Tajemnica Ozzy'ego
To było jak egzekucja: ktoś bił psa tak długo, aż jego
serce nie wytrzymało bólu i strachu
Małgorzata Saganowicz wiozła Ozzy'ego do Lubina
pewna, że u Agnieszki będzie mu dobrze. Zabiedzony,
przeraźliwie chudy i poważnie chory golden retriever,
którego znalazła na ulicy, miał mieć tu raj: dobrą
panią i dom z ogrodem.
Wróciła do domu bez zwierzaka. Tęskniła. "Całą noc nie spałam, myślałam o Was"
- napisała do Agnieszki z samego rana.
"Hej, Gosia, ja też nie spałam, bo z pieskiem było
nie najlepiej, nie mógł spać i się męczył" - odpisała Agnieszka.
Był czwartek, godzina 7.20.
Ozzy już wtedy był martwy. Tak ustalił prof. Janusz Madej z Akademii
Rolniczej we Wrocławiu, który wykonał sekcję zwłok. Agnieszka zaprzecza.
- Wrabiają mnie - powtarza.
Sympatyczna, ciepła, wrażliwa
Ta historia zaczęła się w niedzielę 13 sierpnia.
Bezdomny Ozzy błąkał się po Lubaniu. Małgosia znalazła go
i zabrała do domu, bo wiedziała, że bez ludzkiej pomocy nie przeżyje.
Miał raka jąder, zapalenie skóry, chore płuca. Przez dogomanię.pl
- internetowy portal dla miłośników psów - dotarła do Ani Woźniak
z Zabrza, która zaoferowała kąt dla znajdy i pomoc w poszukiwaniu
nowego domu. Razem dały ogłoszenie do prasy. Zgłosiła się 20-letnia
Agnieszka W. z Lubina. Sympatyczna, ciepła, wrażliwa - tak o niej myślały.
Bardzo chciała psa. Była gotowa wyleczyć go z nowotworu. Opowiadała, że jej
rodzice mieli takiego samego goldena, ale wpadł pod samochód. W Kraśniku,
gdzie mieszkali, Ozzy miałby idealne warunki do rekonwalescencji: spokój
i przestrzeń. To przekonało dziewczyny z dogomanii.
Gosia przywiozła Ozzy`ego do Lubina w środę 16 sierpnia około godziny 18.
Agnieszka była zachwycona. Po drodze wstąpiła z psiakiem do weterynarza.
Lekarz zapamiętał tę wizytę: wyszedł na zewnątrz, zobaczył chorą skórę
i powiedział, że póki zapalanie nie minie, nie usunie nowotworu.
- Taksówką wróciłam do domu - opowiada Agnieszka. - Ozzy zachowywał się
cicho, nie szczekał. Na przemian tylko jadł i spał.
Za cholerę nie oddam
Dziewczyny z dogomanii zaczęły niepokoić się o
Ozzy'ego już w czwartek, gdy okazało się, że zamiast
do wiejskiego domu z podwórkiem trafił na II piętro w
bloku. Nabrały podejrzeń, że Agnieszka coś kręci. Że zwleka
z leczeniem. Słały esemes za esemesem: "Gdyby lekarz proponował
Ci uśpienie, nie zgadzaj się". Potem pełne złych
przeczuć błagały, by zwróciła im psa. Miały drugiego
goldena, który szukał domu, zdrowego i mniej kłopotliwego.
Proponowały wymianę. Próbowały gróźb. "Za cholerę nie oddam wam Ozzy'eego"
- odpisała wieczorem Agnieszka.
Esemes o śmierci
Gdy w piątek przysłała esemesa, że podczas spaceru
Ozzy przestał oddychać, nikt nie uwierzył.
- Pomyśleliśmy, że to wykręt, byśmy dali jej
spokój - mówi Ania Woźniak.
To wtedy zapadła błyskawiczna decyzja, by jechać
do Agnieszki i zabrać jej zwierzaka. Dziewczyny
poprosiły o pomoc Krzysztofa Łucjana z Krakowa. Pojechali
razem jego samochodem. Było po dziesiątej wieczorem, gdy
zadzwonili domofonem do mieszkania państwa W. Agnieszki
nie było, ojciec nie chciał wpuścić gości do środka.
Przeczekali do rana, a gdy wzeszło słońce, rozpoczęli
poszukiwania dziewczyny. Po wielu telefonach znaleźli
ją w Kraśniku pod Bolesławcem. Zgodziła się przyjechać
do Lubina i pokazać miejsce pochówku.
Zwłoki w worku
- Cały czas sądziliśmy, że blefuje a Ozzy żyje
- opowiada Krzysztof. - W Tesco kupiliśmy łopatę, rękawice i
worki. Ładowaliśmy ten sprzęt do bagażnika i czekaliśmy,
kiedy powie nam prawdę. A ona nic.
Wskazała im drogę na działki. I miejsce wśród chaszczy, za
ogrodzeniem zapuszczonego ogródka.
- Ja już chyba sobie pójdę - powiedziała beznamiętnie, gdy
zaczęli kopać.
Pies leżał płytko, w różowym worku. Cyknęli trzy zdjęcia,
nie wyjmując zwłok ze środka.
- Szok - mówi Krzysztof Łucjan. - Zrobiłem dziurkę, by
zobaczyć sierść i upewnić się, że to Ozzy. Nie miałem ochoty więcej oglądać.
Z trupem w bagażniku pojechali do Wrocławia.
Egzekucja
Chcieli wiedzieć od kiedy nie żyje.
Po drodze wstąpili do Akademii Rolniczej
we Wrocławiu, by zlecić sekcję zwłok.
Profesor Janusz Madej, który ją wykonał,
z racji swej profesji musiał oglądać niejedną
makabrę. Przyznaje jednak, że obrażenia Ozzy'ego
zrobiły na nim wrażenie.
- Jak żyję, czegoś takiego nie widziałem - mówi.
Ozzy zdechł z powodu szoku potraumatycznego. Przed
śmiercią był dotkliwie bity po całym ciele. Stąd obrzęki
na łapach, karku, miednicy. Stare i chore psie serce tego
nie wytrzymało.
- Ciosy były zadawane w jednym czasie - relacjonuje Krzysztof.
- Wyglądało to jak egzekucja. Pies przeżył ją. Zmarł kilka
godzin później.
Agnieszka zaprzecza. Szuka działkowców, którzy widzieli,
że kiedy go grzebała, nie był zakrwawiony.
Prosiła o morbital
- Nie biłam go - płacze. - On został uśpiony.
Mam świadków. To kolega i koleżanka, którzy pomagali
mi pochować Ozzy'ego.
Lekarz weterynarii pamięta, że w czwartek około godziny
siedemnastej przyszła do niego młoda blondynka z wychudzonym,
cierpiącym na raka jąder goldenem. Chciała, by go uśpił.
Przekonująco opowiedziała, jak znalazła nieszczęśnika w podlubińskiej
wsi Gola, przywiązanego sznurkiem do drzewa.
- To był piękny pies, rasowy - mówi doktor. - Chciałem go leczyć.
Pół godziny przekonywałem, że warto mu dać szansę. Płakała. Więc
w końcu wykonałem zastrzyk z ksylazyny i morbitalu.
Sekcja zwłok nie wykazała w ciele Ozzy'ego śladów morbitalu.
- Nie jestem toksykologiem i nie wiem jak to wytłumaczyć - mówi
weterynarz. - Być może tak się ten środek rozkłada w organiźmie.
Nie spotkałem się z podobnym badaniem. Nie mam powodów by kłamać, lub kogoś kryć.
Ofiara czy kat?
Policja i prokuratura prowadzą postępowanie wyjaśniające.
Organizacje broniące praw zwierząt ślą do Lubina zawiadomienia
o przestępstwie. Fundacja Emir, ratująca bezpańskie psy, ufundowała
2 tysiące złotych nagrody dla świadka, który dostarczy istotnych
dowodów w sprawie. Spontanicznie powstają strony poświęcone historii
Ozzy'ego i plakaty z jego zdjęciem. Powielona w setkach egzemplarzy
opowieść o jego śmieci krąży po Polsce. Piszą o niej gazety,
mówi radio i telewizja.
Od dwóch tygodni na internetowych forach trwa też psychiczny lincz
na Agnieszce W. Anonimowi komentatorzy bez wahania nazywają ją
gówniarą, szmatą, morderczynią, sadystką bez serca. Od czasu do
czasu w różnych miejscach ktoś podaje jej adres. Szczuje, judzi.
"Zbiłbym tę dziewczynę, zatłukłbym łopatą" - piszą ludzie,
którzy - jak twierdzą - nie skrzywdziliby psa. Po drugiej
stronie barykady są ci, dla których życie zwierzęcia nie
jest warte takiego szumu. Obrońców psów mają za fanatyków
i hipokrytów.
W Lubinie historia Ozzy'ego zmobilizowała samorządowców do
budowy schroniska dla zwierząt. Jeśli powstanie, nada sens
tej bezsensownej śmierci. Na razie jednak jest tylko szum. Nic więcej.
Autor: Piotr Kanikowski
Artykuł można przeczytać tutaj